Pod koniec sierpnia Radek z Michałem znaleźli w kamieniołomie gniazdo zwinki. Właściwie to można powiedzieć, że oni to gniazdo popsuli. Odłupali kawałek wapienia z nadzieją na trylobita i nagle poturlały się im pod nogi gadzie jajeczka. Gniazdo było zniszczone, a jaja piękne, więc zabraliśmy je do domu. Sześć białych, okrągłych jaszczurzych jaj trafiło do słoika. Przykryliśmy je ziemią, żeby miały ciemno i postawiliśmy na parapecie, bo tam jest najcieplej. Jaja stały przy oknie, a ja myślałam, że są martwe, ale Radek twierdził, że tak nie jest i trzeba po prostu poczekać. Rzeczywiście, po dwóch tygodniach coś się zaczęło dziać. Jedno jajko wyszło z ziemi. Przysypałam je starannie, żeby nie wyschło. Za pół godziny jajo znowu było na wierzchu.

Na drugi dzień rano cała rodzina zebrała się wokół słoja, bo oto na naszych oczach wykluwał się gad. Mówię wam, ależ on się pięknie kluł! Mozolnie, pracowicie, powoli. Z otoczki wystawał mu już czubek głowy i jedno oko, które powoli zamykał i otwierał. To pewnie razi, tak pierwszy raz patrzeć na światło.

Odwiozłam dzieci do przedszkola, a kiedy wróciłam, w słoiku biegała już jedna młoda jaszczurka, a druga nadal wyciskała się z jaja. Skorupka po wyklutej zwince jest wiotka, cienka jak pergamin.

Pomyślałam, że dość już tej inwigilacji, młoda jaszczurka musi się wybiegać i ostrożnie odstawiłam słoik do ogrodu. Niech wszystko będzie tak, jak ma być.

View the embedded image gallery online at:
http://cetonia.edu.pl/blog/8-jaszczurki#sigProGalleriafaa83bcd31
.